środa, 7 czerwca 2017

Nowy cykl- nowa nadzieja

Tak jak pisałam moje życie w momencie kiedy rozpoczęliśmy starania o dziecko zaczęło się toczyć wg cyklu. Często słyszałam- nie myśl o tym, bo wolna głowa pomaga zajść w ciążę. Tylko szkoda, że nikt nie powiedział jak mam o tym nie myśleć skoro codziennie muszę pamiętać, żeby: połknąć 3x dziennie Metformax, wypić 2 saszetki mio-inozytolu, zjeść wit. D3, B-complex, wit. E, wit. C, koenzym Q10, do tego w cyklu stymulowanym od 2 do 6 dnia Clostylbegyt lub Lamette a później np. od 26 dc Duphaston przez 10 dni. Kiedy przyjeżdżam do lekarza pierwsze pytanie to: który dzisiaj dzień cyklu? Więc jak tu o cyklu nie myśleć skoro non stop muszę w nim coś liczyć, odliczać, przeliczać itp.

Cykl nie jest u mnie równoważny z miesiącem, bo mam cykle około 45 dniowe. Tym samym nawet gdybym miała co cykl owulację mam jedynie 8 szans w ROKU na zajście w ciążę... Dlatego ktoś, kto słucha tego lub patrzy z boku myśli sobie: 3 lata- kupa czasu. Dla mnie 3 lata to jedynie 24 szanse- nieudane niestety. Do ilu razy sztuka? Do 100? 200? Myślę, że aż do skutku- bo pamiętam o tym, dlaczego zaczęłam! Pamiętam po co codziennie łykam parę garści tabletek, piję miętę, czystek, skrzyp i pokrzywę, po co szukam nieustannie nowych informacji co może pomóc.

Po stwierdzonej naturalnej owulacji, która i tak nie zaowocowała ciążą Pani doktor zleciła mi badanie drożności jajowodów. Jedno z gorszych i bardziej krępujących badań, które miałam w życiu robione. Na szczęście oba jajowody okazały się drożne. Pani dr zleciła także wykonanie badania nasienia męża. Starał się dzielnie to znieść, ale nie do końca mu to wyszło. Kobieta reaguje jednak inaczej- dla nas to normalne, że chodzimy non stop po badaniach. Mężczyźni czują się bardziej skrępowani badaniami. Badanie nasienia wykazało obniżoną żywotność oraz ruchliwość plemników. Mąż zaczął przyjmować preparat Androvit. W maju 2015 roku udało się przeprowadzić pierwszy stymulowany cykl Clostylbegytem. Pani doktor zaleciła brać lek od 5-9 dnia cyklu 1/2 tabletki. Niestety do 19 dc nie pojawił się żaden pęcherzyk dominujący. Pamiętam jak się wtedy załamałam. Moją reakcją obronną był płacz i picie wina. Siedziałam upłakana, z rozmazanym makijażem, słuchałam dołującej muzyki i piłam wino, po to tylko, żeby choć na chwilę zapomnieć. Przecież to był nowy cykl, nowe nadzieje a tutaj znowu się nie udało?! Myślałam wtedy, że już nigdy moje marzenie się nie spełni.

Kolejne dwa cykle stymulowane CLO także nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. W trzecim stymulowanym cyklu po potwierdzeniu przez Pani doktor, że brak pęcherzyka postanowiłam udać się do specjalistki w zakresie leczenia niepłodności, do której wcześniej chodziły właśnie moje koleżanki PCOwiczki i dzisiaj ją matkami. Wstrzymałam się z przyjmowaniem Duphastonu do 26 dc i co się okazało? Że CLO jednak działa, tylko bardzo późno! 26 dc nowa Pani doktor potwierdziła pęcherzyk dominujący, a 29 dc poszłam na USG potwierdzić, że pęcherzyk pękł. Nadzieja umarła, ale jednocześnie pojawiła się na nowo :)

wtorek, 6 czerwca 2017

JUPI! Będzie dziecko! Musi być!

JUPI! Zaczynamy walkę o dzidzię, będzie dziecko! Na pewno! Tu i teraz, bo przecież od 11 lat mnie leczą- nie ma innej opcji. A jednak jest... Jednak ten entuzjazm się ulotnił. Z każdym kolejnym cyklem- tak, cyklem, bo od 3 lat życie rządzi się cyklem- coraz ciężej nastawiać się pozytywnie, że się uda.

Co z tego, że usłyszałam jako 15 letnia smarkula, że nie będę mamą? Pfff... To śmieszne! Na pewno będę! Inne koleżanki z PCOS też są dzisiaj mamami, więc czemu ze mną ma być inaczej.
Po ślubie pojechaliśmy z mężem na podróż poślubną. Tabletki anty oczywiście od razu odstawiłam i jechałam na urlop z myślą w głowie: Uda się! Przecież to podróż poślubna, tyle historii przeczytałam, że właśnie wtedy kobiety "zaciążały"! Podróż minęła, wróciliśmy z naładowanymi bateriami, a okres, który miał nadejść nie nadszedł. Oczywiście doszukałam się pierwszych objawów ciążowych jak ból piersi czy zawroty głowy. No to poleciałam po test do apteki! Całą noc nie spałam, rano nasikałam i modliłam się "proszę druga kreseczko pokaż się!"... Ale niestety kreseczka się nie pokazała. Na kolejnych 3 testach również. Tak minęło 56 dni cyklu aż trafiłam do cudownej Pani doktor. Co się okazało? Ciąży nie ma, ale jest torbiel ponad 3 cm. Złość, płacz, załamanie. Na szczęście Duphaston pomógł i torbiel się wchłonęła. Dostałam zalecenia odnośnie suplementacji na najbliższe cykle: Wit. D3 1000, mio-inozytol w postaci saszetek Inofem, magnez, wit. B-complex. Dodatkowo miałam robić testy owulacyjne. I tak minęły kolejne dwa cykle, podczas których miałam monitoringi, sikałam codziennie na testy owulacyjne, ale one i tak nic nie pokazywały. Przyszły pierwsze wspólne święta... Jedynym prezentem jaki chciałam otrzymać były słowa: gratulacje, będzie Pani mamą... Jedyny prezent jaki chciałam podarować były słowa: gratulacje, będziesz kochanie tatą... Ale niestety te słowa nie zostały ani przeze mnie usłyszane ani wypowiedziane.

W styczniu zgłosiłam się na kolejne USG- okazało się, że cudownie mam własną owulację, bez stymulacji. Znowu czekanie, kochanie się z mężem o 3 nad ranem kiedy on przyszedł z pracy, a ja nastawiałam budzik przed swoją pracą, żeby przypadkiem nie przegapić TEGO dnia cyklu. Podczas ewentualnej owulacji kochałam męża całym sercem, całą sobą! Najważniejsze było dla mnie, żeby był w domu, żeby absolutnie w tym czasie nie wybieraliśmy się na imprezę, żeby nie pił alkoholu. Owulacja stała się moją paranoją! niestety i tym razem się nie powiodło. Kolejny test ciążowy wywołał miesiączkę tego samego dnia- do dnia dzisiejszego nie robię testów, bo wiążą się one u mnie jedynie z płaczem. Usłyszałam od Pani doktor, że zazwyczaj pacjentki z PCOS zachodzą w ciążę, ale może to zająć nawet do 5 lat. Pomyślałam wtedy, że nie dam rady! Dopiero pół roku minęło, a ja czuję się wyczerpana psychicznie. Ale przypomniałam sobie po co to zaczęłam... Przypomniałam sobie, że na samym szczycie mojej piramidy celów jest ZOSTAĆ MAMĄ.

No dobra mam PCOS, ale przecież to nic takiego...

Kiedy zdiagnozowano u mnie zespół policystycznych jajników mój ginekolog-endokrynolog stwierdził, że tabletki antykoncepcyjne będę brać raczej do końca życia. Chodziłam regularnie na wizyty kontrolne i po recepty na kolejne opakowania tabletek antykoncepcyjnych. Kiedy byłam jego pacjentką nigdy nie widziałam obrazu z USG moich jajników. Leczenie u niego trwało 5 lat. O ile mogę to leczeniem nazwać, bo przepisanie tabletek antykoncepcyjnych nic tak naprawdę nie załatwiło. Leki, które dostałam od niego na utratę wagi zostały wycofane, bo uznano je jako szkodliwe... Pewnie nie jedna z Was miała do czynienia z Diane35 lub Meridią.

Trwałam tak sobie w tym 5 letnim letargu, aż któregoś dnia zaczęłam mieć problemy z wysokim ciśnieniem (160/100 w wieku 20 lat raczej nie jest normalnym zjawiskiem). Trafiłam do super Pani doktor kardiolog, która po przeprowadzeniu wywiadu medycznego ze mną skierowała mnie od razu do endokrynologa. Zostałam skierowana na oddział endokrynologiczny na badania. Dopiero po badaniach padła pełna diagnoza: zespół policystycznych jajników, upośledzona tolerancja glukozy, hiperandrogenizm jajnikowy. Zalecenia: utrata wagi (bez wskazania zaleceń dietetycznych czy skierowania do poradni), Glucophage 750, Bromergon 1/2 tbl., Yasminelle. Jakie było moje zdziwienie kiedy lekarz pokazał mi na USG jak wyglądają moje jajniki, a raczej "sitka" bo tak właśnie wyglądały jajniki, na których znajdowało się mnóstwo małych, czarnych pęcherzyków.

Zaczęłam kolejną partię leków po których czułam się fatalnie. Organizm musiał się przyzwyczaić do Bromergonu, po którym wymiotowałam, miałam zawroty głowy i zimne poty. Do tego Glucophage. Zaczęłam czytać na temat diety dla diabetyków. Na początek odstawiłam dodawanie cukru do kawy i herbaty, bo wychodziło, że codziennie potrafiłam dosłodzić sobie tym sposobem życie o dodatkowe 8 łyżeczek cukru... 8 łyżeczek codziennie bliżej do deski grobowej.

W tym czasie poznałam mojego obecnego męża. Na początku nie informowałam go o swojej przypadłości, bo po co skoro nie planowaliśmy jeszcze ślubu, rodziny itp. Wiedział, że moje drugie śniadanie to garść tabletek, ale też nie dociekał na co mi one. Dopiero po jakimś czasie, a właściwie po przegadaniu ze swoją głową wielu nocy powiedziałam mu, że mogę mieć problem z zajściem w ciążę. Zaakceptował mnie taką jaką jestem i udowodnił mi wiele razy, że dla niego możliwość życia bez dziecka też istnieje. Zawsze powtarza mi, że jestem ważniejsza i to ze mną chce spędzić swoje życie- bez względu na to czy będziemy mieć dziecko czy nie. Ucieszyłam się, że mam takiego super wyrozumiałego chłopaka no i żyliśmy sobie bez stresu nadal, tym bardziej, że nie trzeba się było martwić, bo przecież brałam tabletki antykoncepcyjne.

Zaplanowałam sobie najbliższe lata: praca, studia, wakacje, spotkania z przyjaciółmi. I tak było do momentu ślubu. Przed ślubem moje plany realizowały się bez większych utrudnień (no może fryzjerka z ręką w gipsie w dniu ślubu nie była zaplanowana...), znacznie gorzej było już po ślubie. Zaczęły się STARANIA O DZIECKO.


Płodność- ta sucz, która spędza mi sen z powiek

Kiedy byłam małą dziewczynką zawsze myślałam, że będę SUPER MAMĄ, która będzie miała trójkę dzieci do kochania i rozpieszczania. Będę im gotować, wymyślać kreatywne zadania, będziemy razem jeździć na rowerach, biegać po mokrej od rosy trawie, śmiać się do łez, a wieczorem będę je usypiać i całować na dobranoc... Piękne, idealne jak bańka mydlana marzenie... Ale któregoś dnia ta bańka mydlana pękła.

W 6 klasie szkoły podstawowej pojawiła się pierwsza miesiączka- zwiastun stania się PRAWDZIWĄ kobietą. Dla mnie jako małej dziewczynki bycie kobietą wiązało się z: noszeniem stanika, miesiączką oraz rodzeniem dzieci. Pomyślałam: JEST! Dwa wyznaczniki bycia kobietą już spełniłam! Pozostał ostatni: urodzić kiedyś dziecko.

Jednak wraz z nadejściem pierwszej miesiączki pojawiły się przeszkody na tych schodkach do przejścia. Druga miesiączka pojawiła się po 3 m-cach, a kolejne po 4-6 m-cach, aż dobrnęłam do 9. miesięcznej przerwy w miesiączkowaniu. Kuleczką byłam od przedszkola jeśli chodzi o moją wagę, ale w okresie dojrzewania pojawiły się uciążliwe czarne włoski na ciele i twarzy. Urodziłam się w latach kiedy chodzenie do kosmetyczki nie było jakoś specjalnie popularne dlatego wpadłam na genialny pomysł: zgolę sobie włoski niepotrzebne! I tak męczę się z nimi do dnia dzisiejszego miewając momenty lepsze (okres po laserze medycznym lub wyrwaniu ich pęsetą) i gorsze.

Miałam się rozwijać jak piękny, młody kwiat, a tu wyszło z tego kwiatu nie wiadomo co... Zamiast super figury, która pojawia się kiedy dziewczyna zaczyna miesiączkować ja rosłam wszerz, do tego wstydziłam się nosić wydekoltowane bluzki, bo wszędzie były czarne włoski. Zamiast kobiecych kształtów moja sylwetka zaczęła przybierać chłopięcą formę- wypukłe pośladki zastąpiło płaskodupie, a plecy poszerzyły się. Zamiast dogadywać się z koleżankami ja uciekałam w chłopięce towarzystwo i do dnia dzisiejszego mam tak, że lepiej rozumie się z osobnikami męskimi- chyba faktycznie jest to kwestia wysokiego testosteronu ;-)

Z pomocą przyszła moja mama, która podpytała tu i tam i zabrała mnie do ginekologa. Do dziś pamiętam jego różowy gabinet i poczekalnię, stres, który starałam się zniwelować czytając w poczekalni Harrego Pottera i pierwszą wizytę u niego. Mając 14 lat wcale nie jest fajnie chodzić do ginekologa... Koleżanki z klasy nie dotarły do niego na swoją pierwszą wizytę nawet do 18. roku życia, a ja w ich wieku byłam już zapaloną weteranką ginekologiczną.

Po kilku wizytach ginekolog stwierdził, że potrzebna mi pomoc endokrynologa. No i się zaczęło... Jazda bez trzymanki- milion pięćset badań z krwi, nieustanne wizyty u lekarza, a przecież miałam się bawić z koleżankami i kolegami, wieść beztroski okres dojrzewania, flirtować na dyskotekach klasowych, wyjeżdżać na wakacje itp. A tutaj średnio raz w tyg wizyta u znienawidzonego ginekologa. W końcu po dziesiątkach wizyt lekarz stwierdził, że wyniki badań potwierdzają jego przypuszczenia. Przekazał mi diagnozę: zespół policystycznych jajników- musisz schudnąć, żeby miesiączka wróciła. Może być ciężko, żebyś w przyszłości miała dziecko.

Dostałam tabletki- jedne na utratę wagi, drugie antykopncepcyjne na wyregulowanie cykli. I tak zaczęła się moja przygoda w PCOS. Mając 15 lat nie myślałam jeszcze o dziecku, raczej cieszyłam się, że mam problem z głowy, bo miesiączka jest co miesiąc. No i tak sobie żyłam w błogiej nieświadomości kilka dobrych lat... :)